Pimp my life.


153

czwartek, 12.kwietnia.2012, 16:49
Zdarzało mi się czytać z nudów różne rzeczy. W poczekalni u kosmetyczki, u babci na półce, u matki w torebce pałętały się różne ulotki, czasopisma, broszurki. Temat depresji jest w nich dość często poruszany, zwłaszcza w typowo babskich piśmidłach. Śledziłam już losy kilku kobiet, które nagle stały się apatyczne, płakały z byle powodu, nie miały sił żeby wstać z łóżka (jak ja), olewały wszystkie swoje obowiązki (trochę ja), co ostatecznie prowadziło do porzucenia pracy, studiów, nie zdania matury (nie ja), a życie nawet nie przepływało im między palcami, bo palce leżały zazwyczaj bezwładnie gdzieś między kocem a poduszką, o ile w ogóle miały siłę na podłożenie pod głowę poduszki. Niektóre z nich nagle ratowała najbliższa, kochająca rodzina, terapia grupowa, wsparcie męża i dzieci (ni chuja nie ja), ale takie bajeczki zostawmy w spokoju.
Moja depresja zdiagnozowana w drugiej liceum dojrzewała - podejrzewam - od połowy gimnazjum mniej więcej. Apogeum przypadło na okolice klasy maturalnej, a miesiąc przed egzaminami nie wróciłam do psychiatry po kolejną receptę pozostawiając się bez opieki lekarza i psychotropów. Dżizas, ile razy w ciągu roku szkolnego miałam ochotę zostać w łóżku do końca życia wiem tylko ja. Chciałam wziąć przykład z pierwszej lepszej gościówy z Poradnika Domowego i spełniać się zawodowo patrząc się w ścianę/sufit a maturę zostawić w spokoju. Mimo to brnęłam, powoli ale do przodu, pojawiałam się w szkole na tyle często żeby frekwencja nie spadła poniżej 50%, a maturę zdałam. Z zajebistym wynikiem. Uważam to za jeden z większych sukcesów w życiu, bo łatwo mi w tym czasie nie było.
Teraz - z tego co mówią mi bliscy - jestem na ambitnych/trudnych/... studiach, 'wyzerowałam' pierwszy semestr zaliczając wszystko, cud miód i malina. Do kolejnej sesji został miesiąc. A ja poza tym, że wcale nie uważam że dokonałam czegoś szczególnego od chwili pojawienia się na polibudzie, to chętnie rzuciłabym to w cholerę, zamknęła się w pokoju albo wyjechała na bezludną wyspę. Jeszcze nigdy niczego na poważnie nie straciłam i nie wiem nawet jak to jest. Kusi mnie, kusi cholernie perspektywa olania kolokwiów, laborek, ćwiczeń, egzaminów, potrzebuję głębszego oddechu.

An.


152

sobota, 31.marca.2012, 01:23
Trochę zaniedbałam myloga, trochę mi szkoda a trochę nie.
Jako studentka z brakiem umiejętności zarządzania własnym czasem piszę tu kosztem własnego snu. Później z niewyspania moje rozkojarzenie sięga zenitu i na przykład wbijam sobie nóż w nadgarstek, tak przypadkiem. Albo z bankomatu wyciągam tylko kartę, zostawiając w nim świeżo wyskoczone pieniądze. No cóż.

Zadziwiające, jak wiele może się zmienić. Tak się chełpiłam własnym singielstwem przez cały okres liceum, taka szczęśliwa byłam kiedy wydawało mi się że najlepiej mi kiedy robię co chcę i czasami kogoś przypadkiem lekko drasnę jak tym nożem wcześniej, a tu proszę. W kilka dni, kilkanaście, nawet nie w miesiąc, życie mi się wywróciło do góry nogami, do góry głową raczej bo dziś mam wrażenie że przed tym co teraz, stało właśnie na głowie. Pamiętam taką sytuację: jechałam kiedyś autobusem, jeszcze w liceum, w rodzinnym mieście. Ze zmęczenia nie byłam pewna czy dam radę wstać i o własnych siłach z przystanku dopełznąć do domu. Tłukła mi się po głowie myśl: jak dobrze że nie mam nikogo, zabrakłoby mi doby gdybym miała jeszcze zająć się własnym facetem/dziewczyną, zwłaszcza że nie umiałam jeszcze zająć się sobą. Nie wiem dlaczego akurat ten autobus, ten dzień i ten przystanek tak zapadł mi w pamięć, bo takich myśli było mnóstwo. Wiem za to, że tego co jest teraz nie zamieniłabym na nic innego. Jestem - i piszę to z pełną świadomością - najszczęśliwszą dziewczyną na Ziemi i tego co mam nie chcę zamieniać nawet na normalną rodzinę, nagłe wyzdrowienie ani żadne ułatwienia. Nie znaczy to wcale że występowanie solo jest gorsze, mam wrażenie że jeden i drugi stan zgrał się z odpowiednim czasem. Czasem się tylko panicznie boję że to spieprzę, tak na amen. Jakbym przebiegała koło domku z kart, albo rzucała kryształowym wazonem. Co ja za bzdury pseudopoetyczne pieprzę w ogóle. Spać, spać, odświeżyć mózg żeby nie podsuwał takich idiotycznych porównań.

Właśnie minęło najlepsze pół roku mojego życia.
An.


151

sobota, 8.października.2011, 18:36
Pora rozpocząć cykl 'cycki na politechnice'.
Idę do kibla na wydziale. Podchodzę do pierwszych drzwi: męski. Podchodzę do drugich. Męski. Kurwa.

badabum-kszz.
An.


czwartek, 4.sierpnia.2011, 02:03
nie warto, nie liczy się
nie warto, nie liczy się
nie warto!

uciekanie od problemów i problematycznych ludzi wpizdu ma tę wadę, że zazwyczaj kiedyś się wraca 

i chuj.

wstyd mi za siebie i swój dzisiejszy poziom elokwencji
An.


149

piątek, 15.lipica.2011, 12:21
edit: o kurczę, notka opublikowała mi się przypadkiem jak grzebałam w wersjach roboczych. sądząc po numerze, napisana była w okolicach stycznia 2010. wechikuł czasu, raz.

Jak do krowy w rzeźni: a ty tu pierwszy raz? Nie, uprzejmy uśmiech, ósmy. Gdzie cię boli? Temperaturka, ciśnienie, mdlejesz? Przysięgam, ze szpitala wychodzi się bardziej chorym niż się do niego przyszło. Psychicznie również: świadomość substancji nieposiadanych we krwi sama w sobie prowadzi do anemii. Z westchnieniem ulgi i wbrew zaleceniom spędziłam wieczór już po, czyli witamy wśród żywych - śpiących mniej niż osiem godzin nad waniliową herbatą (choć przeklinam torebkowe) i wśród dymu z waniliowych skrętów (choć oczy łzawiły nieziemsko). Zagłuszyłam traumatyczną myśl o tym, że personelowi szpitalnemu nie spodobało się moje imię; zawsze kiedy się przedstawiałam, każdy z nich mamrotał pod nosem Bradykardia, jakby uważali, że potrafią nazwać mnie lepiej niż moi rodzice. Tajemnica tego dziwnego pseudonimu wyjaśniona została podczas uroczystego wręczenia wypisu; mimo to, biały świstek nie wyjaśnił mi, czym jest zarzucane mi LQT ani jak mierzy się ciśnienie osobom które nie posiadają kończyn. Pozostaje mi żyć w niewiedzy.
An.